wtorek, 31 lipca 2018

Cienfuegos. Santa Clara. Cayo Coco.Dzień trzeci.





Po śniadaniu zjedzonym na dachu naszej casy ( jak zawsze owoce, chleb i jajka) z widokiem na mało ciekawą część Cienfuegos wybieramy się w okolice zabytkowego Starego Miasta, którego centralnym punktem jest Parque Marti.







Samo miasto zwane jest „Perłą Południa” a gdzieś nawet spotkałam się ze stwierdzaniem, że gdyby Kuba miała swój Paryż, to było by nim właśnie Cienfuegos.Na obrzeżach tego dużego miasta dymią fabryki ( widoczne nawet z dachu naszej casy), ale serce Starego Miasta urzeka architekturą w iście francuskim stylu- liczne budowle w stylu neoklasycyzmu i mojego ulubionego art deco doceniło w 2005 r. UNESCO wzbogacając swoją długą listę o Cienfuegos. Tutaj czas zdaje się płynąć w innym rytmie a słynna Avenida 54 naprawdę przypomina paryską ulicę handlową. Fascynujący klimat!














 Po północnej stronie Parque Marti znajduje się słynny Teatro Tomas Terry- swoisty hołd dla bogatego Wenezuelczyka, który obecnie stanowi jedyną w swoim rodzaju pamiątkę, którą zwiedzamy z nieukrywaną przyjemnością Jaka szkoda, że nie mogę obejrzeć tu sztuki teatralnej! Jaka szkoda, że mój hiszpański jest tak bardzo podstawowy!














Cienfuegos to też miasto Benny’ego More- legendarnej gwiazdy kubańskiej muzyki ( spokojnie, znany głównie na Kubie)






Robimy sobie przejażdżkę na koniec urokliwego cypla Punta Gorda, który wrzyna się w głąb zatoki. Zachwycają secesyjne letnie wille i stylowe, drewniane domy z początku XXw. Najbardziej niesamowitą budowlą jest eklektyczny Palacio del Valle- dawna rezydencja jednego z najbogatszych baronów cukrowych, gdzie obecnie mieści się droga restauracja ( dania od 25 CUC)












By the way, na kartach najnowszej historii Kuby zaznaczył się niejaki Camilo Cienfuegos. Postać ważna dla Kubańczyków, legendarny przywódca Rewolucyjnej Armii, w 1959 roku popularnością ustępujący jedynie Fidelowi. To on stał za plecami Fidela w czasie jego pierwszego publicznego wystąpienia po obaleniu rządu Fulgencio Batisty a Fidel miał w pewnym momencie obrócić się i spytać: „Voy bien Camilo?” a Camilo odpowiedzieć:” Vas bien, Fidel” (Dobrze robisz Fidel)- zdanie, które do tej pory zna każdy Kubańczyk.
Legendzie Camilo pomogła najpewniej jego tajemnicza śmierć- mały samolot, którym podróżował w tym samym słynnym roku 1959 z Camaguey do Havany, nagle po prostu zniknął...Do tej pory w rocznicę jego śmierci, na pamiątkę swojego bohatera Kubańczycy ponoć wrzucają kwiaty do morza- muszę dopytać Javiera, czy tak nadal jest ( wyczytałam to w przewodniku Cuba Si zakupionym na Kubie-:)

Opuszczamy Cienfuegos i kierujemy się do Santa Clara a to chyba najlepszy
moment by napisać parę słów o nadal wszechobecnej tu propagandzie.
Kiedyś mówiło się, że Kuba nie zmieni się dopóki żyje El Comandante. Jednak ani oddanie władzy swojemu bratu Raulowi w 2008r, ani sama śmierć Fidela 25.11.2016 nie zmieniła za wiele w tym kraju.Co prawda od kwietnia tego roku, po 60 latach rządów Fidela i Raula, Kuba ma prezydenta, który nie nazywa się Castro, ale Miguel Diaz-Canel to dotychczasowy wiceprezydent, „numer 2” kubańskiego reżimu i nic nie wskazuje na to by wraz z nim miała na Kubę dotrzeć demokracja i większe zmiany. Rewolucja jest ciągle żywa, o czym przypominają liczne bilboardy ustawione wzdłuż dróg, na budynkach, w przydomowych ogródkach. „Socializm albo śmierć”, „En defensa de socialsimo” ( „W obronie socjalizmu”), „Hasta la victoria, siempre”( „Nie spoczniemy aż osiągniemy zwycięstwo”). „Yo soy Fidel”.

















Znamienne jest to, że billboardy są stare i wyblakłe, tak jak cały kraj popadają w ruinę.To prawda, że w ciągu ostatniej dekady Kuba zmieniła się, ale to raczej drobne kroczki, małe ustępstwa rządu, który musiał nieco poluzować sznurki, ale tylko na tyle, na ile było to niezbędnie konieczne. Czy małe kroczki są w stanie zmienić system? Czy Kubańczycy będą kiedyś gotowi by przeciwstawić się rzeczywistości? Czy muzyki i rumu wystarczy na kolejne lata życia często w uwłaczających warunkach, gdzie mleko, ser, mięso, witamina C i chusteczki higieniczne to towary dostępne tylko w ichniejszych „Pewexach”? Gdzie brakuje niemal wszystkiego a żywność jest na kartki?
Kuba, którą opisała Beata Pawlikowska w swojej książce „Blondynka na Kubie” w dużej mierze już tak nie wygląda. Wszystkie przewodniki, z których korzystam, w tym najbardziej dokładny i wiarygodny Lonely Planet- są już mniej lub bardziej nieaktualne.
Relacje, jakie przekazali nam Kasia i Paweł a nawet Popki, którzy zjechali wyspę 3 lata temu- też różnią się od tego, co zastaliśmy podróżując w tym roku. Powstają restauracje, nowe casas particularas, widać remonty, hot spoty z internetem na miejskich placach. Inernet staje się coraz bardziej dostępny- choć nadal w większości miejsc „na kartki”, ale godzina kosztuje 1 CUC ( mniej niż 4 PLN) a jeszcze 3 lata temu kosztowała sześć razy tyle. Małe kroczki. Nic się nie zmienia i nie zmieni a jednak małe kroczki odmieniają obraz Kuby. Jeśli chcecie zobaczyć  Kubę, spieszcie się! Później może być łatwiej, przyjemniej ale z całą pewnością -inaczej. Myślę, że doczekamy się czasów ( a jeśli nie my, to nasze dzieci), gdy w Havanie powstanie pierwszy McDonald. I to będzie symbolem końca dawnej Kuby.

Tymczasem zmierzamy do Santa Clara- miasta legendarnego Ernesta „Che”Guevary. Nie urodził się tutaj ( Ernesto pochodził z Argentyny), ani nie umarł ( zginął w Boliwii, w wieku zaledwie 39 lat), ale to właśnie tu, w 1958r, tuż po świętach Bożego Narodzenia, jego oddział złożony z zaledwie trzystu partyzantów pokonał armię trzech tysięcy rządowych żołnierzy, przejmując pociąg pełen broni, co doprowadziło ówczesnego prezydenta Batistę do klęski i ucieczki z kraju.
Zatrzymujemy się na zupełnie dziś pustym parkingu przy Alei Defilad, gdzie spotykamy jedynie jednego Kubańczyka w towarzystwie kozy ( !)







Nad wielkim  Plaza de la Revolucion góruje pomnik Che- w pozie zatrzymanej jakby w pół kroku, w czapce, z karabinem.













 Upał daje się niemiłosiernie we znaki a jednak jest coś zadziwiającego w tym miejscu, jakaś magia albo szydera historii. „Tu querida presencia” ( „Twoja najdroższa obecność”) na płycie kubańskich artystów zadedykowanych swojemu ukochanemu Che. Pod pomnikiem urządzono muzeum ( wstęp bezpłatny ale bez toreb, plecaków, telefonów), w którym można podpatrzeć Ernesta na nocniku, Ernesta z karabinem, Ernesta w towarzystwie Fidela-całość historii tylko i wyłącznie w j. hiszpańskim. Obok znajduje się również mauzoleum z jego szczątkami, które w 1997r. zostały przewiezione tu z Boliwii.






Historia Ernesta Che Guevary to historia rewolucji. Nie zdążyłam przed wyjazdem obejrzeć ponownie „Dzienników motocyklowych”, by przypomnieć sobie przedrewolucyjną historię Che.Powstało tyle opracowań, artykułów, opinii nt. Che Guevary, że podaruję sobie w tym miejscu przytaczanie historii jego życia. Bohater czy morderca? Niewątpliwie na Kubie kult Che Guevary jest bezdyskusyjny. Nie zdecydowałam się na zakup koszulki/magnesu/ czegokolwiek z podobizną wszechobecnego tu Che, ale tak jak Pawlikowska w swojej książce szukałam podświadomie jakiejś odpowiedzi, chciałam zrozumieć...Beata Pawlikowska w czasie swojej podróży po Kubie ( opisanej w „Blondynka na Kubie”), śledząc jego „Dzienniki”, ostatecznie odniosłam wrażenie, że była skłonna go w pewien sposób usprawiedliwić..Nazwała to swoim  wielkim odkryciem- błędem w tłumaczeniu hiszpańskiego słowa  „morder”, które wcale nie ma nic wspólnego z „murder” – ang. mordować,ale po hiszapańsku znaczy „gryść, kąsać”. Czyli słynne: „ Muerde y huye, espera, acecha, vuelve a morder y huir y asi sucesivamente, sin dar descanso al enemigo”do którego w „Dziennikach” nawoływał Che, nie ma znaczyć “Morduj i uciekaj a potem wracaj żeby znów mordować i uciekać i tak przez cały czas nękać wroga”a raczej :” Kąsaj, nękaj wroga czestymi atakami a później uciekaj ( wg tłumaczenia Pawlikowskiej: „Nękaj i uciekaj, odczekaj, czatuj, znów nękaj i uciekaj, i tak przez cały czas, nie dając wrogowi odpoczynku.()”
W tym miejscu zostawiam Was z rozważaniami nt. Che Guevary. W głębi duszy jestem  idealistką i w pewnym sensie socjalistką ( co od zawsze zarzucał mi  ultra-liberalny Maciej),ale jestem świadoma, że socjalizm to utopia, nawet jeśli każdy inny ustój też nie jest idealny....W każdym razie widzę na własne oczy, do czego na Kubie doprowadziła socjalistyczna rewolucja, nawet jeśli gdzieś tam, idealistycznie ktoś wierzył, że tak będzie sprawiedliwie i dobrze... Pomylił się..-:( No i trudno zignorować fakt, że Che Guevera mordował ludzi.


Zosia i Zuzia marzą o pięknej plaży.Jakby nie patrzeć, jesteśmy na wakacjach na Karaibach, nawet jeśli dla niektórych Kuba i Karaiby nie stanowią synonimu. Wyrazista Kuba ze swoimi wszystkimi wyróżnikami to Kuba i tyle, ale co powiecie nt. Cayo Coco? Cayo Coco to Karaiby w najlepszej postaci! Przepiękne, rajskie plaże i krystaliczna woda! Wiem, co mówię, bo zdecydowaliśmy się odwiedzić jadną z nich. Nie wybraliśmy noclegu  w żadnym z licznych tu hoteli all- inclusive ( dość odstraszające i/lub bardzo drogie , ale może z perspektywy czasu byłoby warto spędzić w jakimś high-all inclusive noc lub max. dwie? Tygodnia w tym raju osobiście sobie nie wyobrażam, ale taki dzień luksusu i drogiej nudy?)
Zatrzymaliśmy się w pobliskiej miejscowości Moron, które stanowi popularną bazę noclegową dla odwiedzających, którzy rezygnują z opcji all inclusive hoteli na Cayo Coco i Cayo Guillermo.
Skorzystaliśmy z rekomendacji przewodnika  Lonely Planet i był to absolutny strzał w dziesiątkę!
Zdaję sobie sprawę, że udało nam się zatrzymać w rekomendowanej casie Alojamiento Vista al Parque ( Luz Caballero No 49D, mail: yio@moron.cav.sld.cu) bez wcześniejszej rezerwacji tylko dlatego, że czerwiec to martwy sezon. W innych okresach- rezerwacja konieczna, a warto! Bardzo warto! Najfajniejsza casa na Kubie! Ta nasza, to odrębne mieszkanie w pięknym, kolonialnym domu na 4-6  osób, ale po przeciwnej stronie ulicy ( No 408) dostępne są inne opcje, w tym mały, kryty basen i obłędna ( przynajmniej jak na Kubę) restauracja z lodówką pełną dobrego wina (!) i fenomenalnym jedzeniem. Ceny jak wszędzie na Kubie a standard x 4! Bardzo polecam (y)!!!










Dojazd na rajską wyspę Cayo Coco zajmuje około 40 minut. Najprawdopodobniej jest to raj nadal tyko dla turystów- w każdym bądź razie za wjazd  na sztucznie usypany cypel prowadzący na wyspę, trzeba zapłacić 2 CUC ( i tyle samo za wyjazd, więc przy kubańskich pensjach w praktyce ten raj dostępny jest tylko dla turystów). Idolka –właścicielka casy ( miła, wykształcona i znająca j. angielski osoba ) poleciła nam jedną z najbliższych plaży- Playa Los Flamencos i była to najprawdopodobniej najbardziej rajska plaża, jaką widziałam w życiu. Kilka zlokalizowanych na plaży hoteli all-inclusive w tym terminie również świeciło pustkami więc całość stanowiła rajski, karaibski obrazek, którego nie spodziewałam się zastać i który zauroczył nas wszystkich. Okazało się, że późniejsze  bytności na wszystkich innych plażach Kuby powyrównywaliśmy do tego miejsca i nic już nie wypadało tak dobrze... 



























Kolacja u sąsiadki Maite, vis- a vis,  w restauracji La Obana, to niespotykane jak na Kubę i fenomenalne kulinarne doznania, wzmocnione dostępnym tu zimnym, świetnym, chilijskim białym winem- krewetki, fenomenalna ropa vieja ( w dosłownym tłumaczeniu: „stara szmata”- rodzaj wołowego gulaszu)- nawet zwykłe congris ( ryż z czerwoną fasolą) smakowało tu o niebo lepiej niż gdzie indziej. Do tego fenomenalne chipsy z zielonych bananów!










Śniadanie również znacznie odbiegało od kubańskich standardów. Bardzo, bardzo polecam! Śmiało można by zatrzymać się tu na parę dni i codziennie dojeżdżać ( przynajmniej mając auto) na Cayo Coco! ( nocleg- 25 CUC za pokój 2 osobowy/ śniadanie 5 CUC, kolacja 10 CUC/ butelka wina 12 CUC)







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz