Po śniadaniu zjedzonym na dachu naszej casy ( jak zawsze
owoce, chleb i jajka) z widokiem na mało ciekawą część Cienfuegos wybieramy się
w okolice zabytkowego Starego Miasta, którego centralnym punktem jest Parque
Marti.
Samo miasto zwane jest „Perłą Południa” a gdzieś nawet spotkałam się ze stwierdzaniem, że gdyby Kuba miała swój Paryż, to było by nim właśnie
Cienfuegos.Na obrzeżach tego dużego miasta dymią fabryki ( widoczne nawet z
dachu naszej casy), ale serce Starego Miasta urzeka architekturą w iście
francuskim stylu- liczne budowle w stylu neoklasycyzmu i mojego ulubionego art
deco doceniło w 2005 r. UNESCO wzbogacając swoją długą listę o Cienfuegos.
Tutaj czas zdaje się płynąć w innym rytmie a słynna Avenida 54 naprawdę
przypomina paryską ulicę handlową. Fascynujący klimat!
Po północnej stronie
Parque Marti znajduje się słynny Teatro Tomas Terry- swoisty hołd dla bogatego
Wenezuelczyka, który obecnie stanowi jedyną w swoim rodzaju pamiątkę, którą
zwiedzamy z nieukrywaną przyjemnością Jaka szkoda, że nie mogę obejrzeć tu
sztuki teatralnej! Jaka szkoda, że mój hiszpański jest tak bardzo podstawowy!
Cienfuegos to też miasto Benny’ego More- legendarnej gwiazdy
kubańskiej muzyki ( spokojnie, znany głównie na Kubie)
Robimy sobie przejażdżkę na koniec urokliwego cypla Punta
Gorda, który wrzyna się w głąb zatoki. Zachwycają secesyjne letnie wille i
stylowe, drewniane domy z początku XXw. Najbardziej niesamowitą budowlą jest
eklektyczny Palacio del Valle- dawna rezydencja jednego z najbogatszych baronów
cukrowych, gdzie obecnie mieści się droga restauracja ( dania od 25 CUC)
By the way, na kartach najnowszej historii Kuby zaznaczył
się niejaki Camilo Cienfuegos. Postać ważna dla Kubańczyków, legendarny
przywódca Rewolucyjnej Armii, w 1959 roku popularnością ustępujący jedynie
Fidelowi. To on stał za plecami Fidela w czasie jego pierwszego publicznego wystąpienia po obaleniu rządu Fulgencio Batisty a Fidel miał w pewnym momencie
obrócić się i spytać: „Voy bien Camilo?” a Camilo odpowiedzieć:” Vas bien,
Fidel” (Dobrze robisz Fidel)- zdanie, które do tej pory zna każdy Kubańczyk.
Legendzie Camilo pomogła najpewniej jego tajemnicza śmierć- mały samolot, którym podróżował w tym samym słynnym roku 1959 z Camaguey do
Havany, nagle po prostu zniknął...Do tej pory w rocznicę jego śmierci, na
pamiątkę swojego bohatera Kubańczycy ponoć wrzucają kwiaty do morza- muszę
dopytać Javiera, czy tak nadal jest ( wyczytałam to w przewodniku Cuba Si
zakupionym na Kubie-:)
Opuszczamy Cienfuegos i kierujemy się do Santa Clara a to
chyba najlepszy
moment by napisać parę słów o nadal wszechobecnej tu
propagandzie.
Kiedyś mówiło się, że Kuba nie zmieni się dopóki żyje El
Comandante. Jednak ani oddanie władzy swojemu bratu Raulowi w 2008r, ani sama
śmierć Fidela 25.11.2016 nie zmieniła za wiele w tym kraju.Co prawda od
kwietnia tego roku, po 60 latach rządów Fidela i Raula, Kuba ma prezydenta,
który nie nazywa się Castro, ale Miguel Diaz-Canel to dotychczasowy
wiceprezydent, „numer 2” kubańskiego reżimu i nic nie wskazuje na to by wraz z
nim miała na Kubę dotrzeć demokracja i większe zmiany. Rewolucja jest ciągle
żywa, o czym przypominają liczne bilboardy ustawione wzdłuż dróg, na budynkach,
w przydomowych ogródkach. „Socializm albo śmierć”, „En defensa de socialsimo” (
„W obronie socjalizmu”), „Hasta la victoria, siempre”( „Nie spoczniemy aż
osiągniemy zwycięstwo”). „Yo soy Fidel”.
Znamienne jest to, że billboardy są stare i wyblakłe, tak jak
cały kraj popadają w ruinę.To prawda, że w ciągu ostatniej dekady Kuba zmieniła
się, ale to raczej drobne kroczki, małe ustępstwa rządu, który musiał nieco
poluzować sznurki, ale tylko na tyle, na ile było to niezbędnie konieczne. Czy
małe kroczki są w stanie zmienić system? Czy Kubańczycy będą kiedyś gotowi by
przeciwstawić się rzeczywistości? Czy muzyki i rumu wystarczy na kolejne lata
życia często w uwłaczających warunkach, gdzie mleko, ser, mięso, witamina C i
chusteczki higieniczne to towary dostępne tylko w ichniejszych „Pewexach”?
Gdzie brakuje niemal wszystkiego a żywność jest na kartki?
Kuba, którą opisała Beata Pawlikowska w swojej książce „Blondynka
na Kubie” w dużej mierze już tak nie wygląda. Wszystkie przewodniki, z których
korzystam, w tym najbardziej dokładny i wiarygodny Lonely Planet- są już mniej
lub bardziej nieaktualne.
Relacje, jakie przekazali nam Kasia i Paweł a nawet Popki,
którzy zjechali wyspę 3 lata temu- też różnią się od tego, co zastaliśmy
podróżując w tym roku. Powstają restauracje, nowe casas particularas, widać
remonty, hot spoty z internetem na miejskich placach. Inernet staje się coraz
bardziej dostępny- choć nadal w większości miejsc „na kartki”, ale godzina
kosztuje 1 CUC ( mniej niż 4 PLN) a jeszcze 3 lata temu kosztowała sześć razy
tyle. Małe kroczki. Nic się nie zmienia i nie zmieni a jednak małe kroczki
odmieniają obraz Kuby. Jeśli chcecie zobaczyć
Kubę, spieszcie się! Później może być łatwiej, przyjemniej ale z całą
pewnością -inaczej. Myślę, że doczekamy się czasów ( a jeśli nie my, to nasze
dzieci), gdy w Havanie powstanie pierwszy McDonald. I to będzie symbolem końca
dawnej Kuby.
Tymczasem zmierzamy do Santa Clara- miasta legendarnego
Ernesta „Che”Guevary. Nie urodził się tutaj ( Ernesto pochodził z Argentyny),
ani nie umarł ( zginął w Boliwii, w wieku zaledwie 39 lat), ale to właśnie tu,
w 1958r, tuż po świętach Bożego Narodzenia, jego oddział złożony z zaledwie
trzystu partyzantów pokonał armię trzech tysięcy rządowych żołnierzy,
przejmując pociąg pełen broni, co doprowadziło ówczesnego prezydenta Batistę do
klęski i ucieczki z kraju.
Zatrzymujemy się na zupełnie dziś pustym parkingu przy Alei
Defilad, gdzie spotykamy jedynie jednego Kubańczyka w towarzystwie kozy ( !)
Nad wielkim Plaza de la Revolucion
góruje pomnik Che- w pozie zatrzymanej jakby w pół kroku, w czapce, z karabinem.
Upał daje się niemiłosiernie we znaki a jednak jest coś zadziwiającego w tym
miejscu, jakaś magia albo szydera historii. „Tu querida presencia” ( „Twoja
najdroższa obecność”) na płycie kubańskich artystów zadedykowanych swojemu
ukochanemu Che. Pod pomnikiem urządzono muzeum ( wstęp bezpłatny ale bez toreb,
plecaków, telefonów), w którym można podpatrzeć Ernesta na nocniku, Ernesta z
karabinem, Ernesta w towarzystwie Fidela-całość historii tylko i wyłącznie w j.
hiszpańskim. Obok znajduje się również mauzoleum z jego szczątkami, które w
1997r. zostały przewiezione tu z Boliwii.
Historia Ernesta Che Guevary to historia rewolucji. Nie
zdążyłam przed wyjazdem obejrzeć ponownie „Dzienników motocyklowych”, by przypomnieć sobie przedrewolucyjną historię Che.Powstało tyle opracowań,
artykułów, opinii nt. Che Guevary, że podaruję sobie w tym miejscu przytaczanie
historii jego życia. Bohater czy morderca? Niewątpliwie na Kubie kult Che
Guevary jest bezdyskusyjny. Nie zdecydowałam się na zakup koszulki/magnesu/ czegokolwiek
z podobizną wszechobecnego tu Che, ale tak jak Pawlikowska w swojej książce
szukałam podświadomie jakiejś odpowiedzi, chciałam zrozumieć...Beata
Pawlikowska w czasie swojej podróży po Kubie ( opisanej w „Blondynka na
Kubie”), śledząc jego „Dzienniki”, ostatecznie odniosłam wrażenie, że była
skłonna go w pewien sposób usprawiedliwić..Nazwała to swoim wielkim odkryciem- błędem w tłumaczeniu hiszpańskiego słowa „morder”, które wcale
nie ma nic wspólnego z „murder” – ang. mordować,ale po hiszapańsku znaczy „gryść,
kąsać”. Czyli słynne: „ Muerde y huye,
espera, acecha, vuelve a morder y huir y asi sucesivamente, sin dar descanso al
enemigo”do którego w „Dziennikach” nawoływał Che, nie ma znaczyć “Morduj i uciekaj a potem wracaj żeby znów
mordować i uciekać i tak przez cały czas nękać wroga”a raczej :” Kąsaj,
nękaj wroga czestymi atakami a później uciekaj ( wg tłumaczenia Pawlikowskiej:
„Nękaj i uciekaj, odczekaj, czatuj, znów
nękaj i uciekaj, i tak przez cały czas, nie dając wrogowi odpoczynku.()”
W tym miejscu zostawiam Was z rozważaniami nt. Che Guevary.
W głębi duszy jestem idealistką i w
pewnym sensie socjalistką ( co od zawsze zarzucał mi ultra-liberalny Maciej),ale jestem świadoma,
że socjalizm to utopia, nawet jeśli każdy inny ustój też nie jest idealny....W
każdym razie widzę na własne oczy, do czego na Kubie doprowadziła
socjalistyczna rewolucja, nawet jeśli gdzieś tam, idealistycznie ktoś wierzył,
że tak będzie sprawiedliwie i dobrze... Pomylił się..-:( No i trudno zignorować fakt, że Che Guevera mordował ludzi.
Zatrzymaliśmy się w pobliskiej miejscowości Moron, które
stanowi popularną bazę noclegową dla odwiedzających, którzy rezygnują z opcji
all inclusive hoteli na Cayo Coco i Cayo Guillermo.
Skorzystaliśmy z rekomendacji przewodnika Lonely Planet i był to absolutny strzał w
dziesiątkę!
Zdaję sobie sprawę, że udało nam się zatrzymać w rekomendowanej
casie Alojamiento Vista al Parque ( Luz Caballero No 49D, mail: yio@moron.cav.sld.cu) bez wcześniejszej rezerwacji
tylko dlatego, że czerwiec to martwy sezon. W innych okresach- rezerwacja
konieczna, a warto! Bardzo warto! Najfajniejsza casa na Kubie! Ta nasza, to
odrębne mieszkanie w pięknym, kolonialnym domu na 4-6 osób, ale po przeciwnej stronie ulicy ( No
408) dostępne są inne opcje, w tym mały, kryty basen i obłędna ( przynajmniej
jak na Kubę) restauracja z lodówką pełną dobrego wina (!) i fenomenalnym
jedzeniem. Ceny jak wszędzie na Kubie a standard x 4! Bardzo polecam (y)!!!
Dojazd na rajską wyspę Cayo Coco zajmuje około 40 minut. Najprawdopodobniej jest to raj nadal tyko dla turystów- w każdym bądź razie za
wjazd na sztucznie usypany cypel prowadzący
na wyspę, trzeba zapłacić 2 CUC ( i tyle samo za wyjazd, więc przy kubańskich
pensjach w praktyce ten raj dostępny jest tylko dla turystów). Idolka –właścicielka
casy ( miła, wykształcona i znająca j. angielski osoba ) poleciła nam jedną z
najbliższych plaży- Playa Los Flamencos i była to najprawdopodobniej
najbardziej rajska plaża, jaką widziałam w życiu. Kilka zlokalizowanych na plaży
hoteli all-inclusive w tym terminie również świeciło pustkami więc całość
stanowiła rajski, karaibski obrazek, którego nie spodziewałam się zastać i
który zauroczył nas wszystkich. Okazało się, że późniejsze bytności na wszystkich innych plażach Kuby powyrównywaliśmy do tego miejsca i nic już nie wypadało tak dobrze...
Kolacja u sąsiadki Maite, vis- a vis, w restauracji La Obana, to niespotykane jak na
Kubę i fenomenalne kulinarne doznania, wzmocnione dostępnym tu zimnym, świetnym,
chilijskim białym winem- krewetki, fenomenalna ropa vieja ( w dosłownym
tłumaczeniu: „stara szmata”- rodzaj wołowego gulaszu)- nawet zwykłe congris (
ryż z czerwoną fasolą) smakowało tu o niebo lepiej niż gdzie indziej. Do tego
fenomenalne chipsy z zielonych bananów!
Śniadanie również znacznie odbiegało od kubańskich
standardów. Bardzo, bardzo polecam! Śmiało można by zatrzymać się tu na parę dni
i codziennie dojeżdżać ( przynajmniej mając auto) na Cayo Coco! ( nocleg- 25
CUC za pokój 2 osobowy/ śniadanie 5 CUC, kolacja 10 CUC/ butelka wina 12 CUC)

























































Brak komentarzy:
Prześlij komentarz